Od obojętności do braku demokracji

W ostatnich miesiącach z oczywistych względów mówimy wiele o demokracji, a także o możliwych zagrożeniach dla demokratycznego porządku. Pokazujemy spór o Trybunał Konstytucyjny, krytykujemy, denerwujemy się. Profesor Andrzej Zybertowicz, doradca prezydenta Dudy, mówi publicznie: W naukach politycznych odróżnia się autorytaryzm od totalitaryzmu. Władza autorytarna ogranicza wolność słowa, konkurencję polityczną i wolne wybory, ale nie rozciąga swojego władztwa na gospodarkę. A władza totalitarna sama staje się właścicielem gospodarki. Czy ktokolwiek mówi o likwidacji własności kapitalistycznej w Polsce?

Czy ktoś potrafi wyjaśnić, co pan profesor miał na myśli, gdy to mówił? Czy ktoś potrafi zrozumieć, dlaczego wiele osób zamiast się oburzyć, uśmiecha się ze zrozumieniem? Zastanawiamy się również, dlaczego w KOD jest stosunkowo niewielu młodych ludzi: licealistów, studentów. Dlaczego tak zwane partie antysystemowe, które w istocie chcą naginać demokrację lub ją jawnie łamać, mogą mówić o tym publicznie i napotykają pozytywną reakcję wielu ludzi, zwłaszcza młodych. Zastanawiamy się, dlaczego nawet gdy politycy zaczynają zajmować się sprawami apolitycznymi, np. strategią ochrony Puszczy Białowieskiej, czy stadninami koni, większość społeczeństwa jest obojętna wobec tych praktyk, lub, co gorsza, przyklaskuje działaniom osób tak postępujących.

Dziwimy się, jednak bardzo niewiele mówimy o przyczynach tego stanu rzeczy. Osoby urodzone około roku 1980 i starsze są w pewnym sensie zaszczepione przeciwko takim zjawiskom. Obserwując PRL, nawet w jej schyłkowej formie, a także drogę przemian po roku 1989, mogły zobaczyć, że w porównaniu do lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych żyjemy obecnie w kraju dobrobytu, wolności i demokracji. Ci, którzy swoje dzieciństwo spędzili jeszcze w PRL, wiedzą, że ich rodzice nie mieli nic. W sklepie nie mogli kupić nawet zwykłej wędliny, nie mogli też bez zgody władz wyjechać poza Polskę. Obecnie coraz częściej jednak słyszymy wypowiedzi typu: demokracja nic mi nie dała, więc nie obchodzi mnie, czy zostanie ona zachowana. Wydaje się, że zadziałał tu efekt braku punktu odniesienia, a jednocześnie wpływ ducha PRL, który nadal kształtuje mentalność części naszego społeczeństwa. Ducha, który wtedy objawiał się pozorną, karykaturalną wręcz troską państwa o każdego obywatela, a tak naprawdę spowodował wyrugowanie postaw niezbędnych do tworzenia się społeczeństwa obywatelskiego, odpowiedzialności za państwo oraz społecznego zaangażowania i zaufania do instytucji państwa. Mogłoby się wydawać, że po tylu latach wolności wszystko się zmieniło, jednak ostatnie wydarzenia pokazały, że nie to nieprawda. W stosunkowo krótkim czasie kilku polityków zdołało przekonać jedną trzecią obywateli, że państwo i jego instytucje to gigantyczny spisek, który zakończyć może jedynie gwałtowna rewolucja. Pamiętajmy także, że połowa naszego społeczeństwa przez te 27 lat konsekwentnie nie korzysta z najważniejszej zdobyczy państwa demokratycznego, jaką są wolne wybory. Przyznajmy też, że w pewnym momencie określenie „społeczeństwo obywatelskie” stało się za naszym przyzwoleniem jedynie pustym frazesem w ustach części polityków.

Oczywiście w Polsce nadal wiele rzeczy jest dalekich od doskonałości, inne poważnie szwankują, jeszcze inne nadal niewiele zmieniły się od czasów PRL. Prawdopodobnie jest to kolejna przyczyna sytuacji, w jakiej obecnie jesteśmy. Problem polega na tym, że ludzie szybko zapomnieli, że nie można przeskoczyć od razu ze stanu, w jakim była Polska przed rokiem 1989, do stanu bogatych państw zachodnich. Ponadto warto podkreślić, że inne kraje nie stoją przecież w miejscu, dlatego ich dogonienie nie jest łatwe i stanowi wyzwanie wymagające drobnych, stopniowych zmian, rozpisanych prawdopodobnie na kolejne 27 lat, jeśli nie dłużej. Warto też pamiętać, że bezprecedensowy eksperyment, jakim było przejście od socjalistycznej, centralnie planowanej gospodarki do prawdziwej gospodarki rynkowej, a także zamiana władzy totalitarnej na demokrację nie mogły się odbyć bez pewnych błędów. Jednak gdy porównamy zmiany, jakie zaszły w Polsce, do przemian w krajach, które startowały z podobnego stanu wyjściowego (Rumunia, Bułgaria, Ukraina), widać, że staliśmy się już względnie normalnym państwem europejskim. Każdego, kto narzeka na nieudaną polską transformację, wysłałbym na pół roku do tych krajów. Gwarantuję, że po tym doświadczeniu inaczej mówiłby o polskiej rzeczywistości. Nie dlatego, że u nas wszystko jest idealnie, tylko ze względu na fakt, że w tych krajach ten upragniony ideał jest o całe lata świetlne dalej niż u nas. Młodzi ludzie tego nie widzą, bo nie mają punktu odniesienia. Podróżują po Europie, obserwują, jak żyją ludzie w Anglii,  w Irlandii, we Francji. Słyszą, że tam jest kryzys, a widzą, że wszystko wygląda o wiele lepiej niż w Polsce. Zapominają, że Brytyjczycy i Irlandczycy w wyniku kryzysu, który rozpoczął się w roku 2007, spadli na moment z wysokiego konia, na którego wspinali się przez dziesięciolecia, a my zaledwie niecałe trzy dekady wcześniej wystartowaliśmy z poziomu konika garbuska bez jednej nóżki… Kraje Europy Zachodniej rozwijały się systematycznie od roku 1945, podczas gdy Polska przespała jako PRL okres największych zmian ekonomicznych, kulturowych i społecznych we współczesnym świecie, a teraz z trudem nadrabia te gigantyczne zaległości.

Rozmawiałem jednak niedawno z dwudziestolatkiem, który na argument, że przecież Polska zmieniła się kolosalnie od lat dziewięćdziesiątych, odpowiedział mi, że on nie żył w tym czasie, był wtedy małym dzieckiem, więc go to nie obchodzi. To jest ignorancja, która mnie zadziwia, ale jednocześnie pokazuje źródła obecnej sytuacji. Każdy przecież powinien zdawać sobie sprawę z tego, że historia (zwłaszcza tak niedawna) z konieczności musi mieć wpływ na obecną rzeczywistość, a odrzucanie tego faktu jest co najmniej nieroztropne. Młodzi ludzie lubią oglądać filmy Stanisława Barei, ale być może nikt im nie powiedział, że to nie są zwykłe komedie, tylko realizm w czystej postaci, z tą małą różnicą, że w prawdziwym życiu nikt się nie śmiał. Zaczęliśmy prezentować PRL na wesoło, oswajać ją, pokazywać z przymrużeniem oka w coraz liczniejszych minimuzeach historii tamtych czasów. Wskutek tego dla wielu młodych ludzi PRL stała się co najwyżej nieco obciachowym okresem, w którym czasem brakowało papieru toaletowego. Może na taki brak refleksji nad rzeczywistością wpływa także fakt, że Polacy nie czytają (wg danych Biblioteki Narodowej 63% naszych rodaków nie przeczytało w roku 2015 nawet jednej książki, wartość ta jest z każdym rokiem coraz większa, począwszy od 41% w roku 2004; co więcej, poza kulturą pisma znajduje się obecnie 14% Polaków). Politycy wszystkich partii, na których tak narzekamy, są więc odbiciem społeczeństwa, bo ktoś ich przecież wybiera. Ludźmi nieczytającymi łatwiej jest manipulować, a jednocześnie nawet jeśli część z nich nie popiera rozwiązań antydemokratycznych, to niejednokrotnie i tak niewiele z tego całego zamieszania rozumieją lub być może nawet o niczym nie słyszeli. Co więcej, musimy przyznać, że partie antysystemowe oparły swój sukces na częściowo słusznych diagnozach. Warto jednak pamiętać, że historia lubi się powtarzać, bo przecież diagnozy, które stały za rewolucją październikową też odwoływały się do realnych nierówności społecznych, wielokrotnie większych niż te, które obserwujemy obecnie w naszym kraju. Nie musimy jednak od razu zrównywać Kaczyńskiego ze Stalinem czy Hitlerem, myślę, że mimo wszystko daleko mu do tych skrajności. Nie znaczy to jednak, że sytuacja, którą właśnie obserwujemy w Polsce, nie jest w wielu momentach podobna do wydarzeń i zachowań, które skończyły się prawdziwymi dyktaturami.

Zaniedbaliśmy edukację. Na braku edukacji najłatwiej jest zbudować system nieszanujący prawa. To wina wszystkich, w tym także polityków, różnych opcji, ale może przede wszystkim tak zwanych zwykłych ludzi, rodziców, którzy zabiegani, zaabsorbowani codziennym obowiązkami nie zdołali pochylić się w codziennych rozmowach ze swoimi dziećmi nad tymi pozornie dla nich oczywistymi sprawami. Dlatego nie rozumiemy teraz, jak to się stało, że nagle w debacie publicznej Adam Michnik z walczącego o demokrację i wolność człowieka, który spędził całe lata w więzieniu, stał się (w opinii części społeczeństwa) zdrajcą, który uknuł coś strasznego w Magdalence. Kto jednak o tej jego przeszłości pamięta, kto o tym słyszał w szkole, kto widział filmy z zatrzymań? Na takim gruncie łatwo jest o proste, populistyczne oceny III RP, wypowiedziane z perspektywy 27 lat przez osoby, których wolność nie jest niczym zagrożona. Dlatego również musimy uderzyć się w piersi, musimy przyznać, że wyborcy partii antysystemowych nie są od nas gorsi czy głupsi, tylko po prostu nikt nie dał im na pewnym etapie szansy oceny tej wielowątkowej historii. Na dodatek okazało się, że książki w rodzaju „Resortowych dzieci” trafiły do wielu, a prawdziwe lektury obowiązkowe tylko do nielicznych. Za mało mówiliśmy też o tym, że okres naszej dwudziestosiedmioletniej wolności to nie były łatwe czasy, że popełniono liczne błędy. Wiele z tych błędów zostało omówionych w książkach, nie w sposób populistyczny, jak robią to partie antysystemowe, tylko z zachowaniem niezbędnych proporcji. Problem w tym, że książki te w zasadzie funkcjonują poza szerszą społeczną świadomością. Tymczasem jest ich wiele, począwszy od fascynującego wywiadu z profesorem Geremkiem („Geremek opowiada. Żakowski pyta. Rok 1989”), który odsłania kulisy początków wolnej Polski, pokazując, że opozycja demokratyczna podejmowała wiele decyzji intuicyjnie, cały czas mając z tyłu głowy myśl, że za chwilę wszytko to może się zakończyć krwawą pacyfikacją i powrotem do czasów minionych. Za mało mówimy też o przyczynach palących problemów społecznych takich jak za mała dostępność mieszkań, bieda i wykluczenie ekonomiczne, polska mentalność, czy w końcu o całej historii naszego kraju i jej wpływie na naszą obecną pozycję w świecie. Wiele z tych spraw podnosili w bardzo ciekawy sposób dziennikarze i historycy (np. Marcin Kołodziejczyk – „Dysforia. Przypadki mieszczan polskich”, Filip Springer – „13 pięter”, Natalia Fiedorczuk – „Wynajęcie”, Paulina Wilk – „Znaki szczególne”, Jan Sowa – „Fantomowe ciało króla. Peryferyjne zmagania z nowoczesną formą”, czy w końcu zestaw reportaży przygotowanych pod redakcją Mariusza Szczygła – „20 lat nowej Polski w reportażach”), jednak książki te nie przebiły się poza niewielką grupę czytelników, ani nie doczekały się szerszej dyskusji w mediach. Stały się lekturami dla wąskiego grona odbiorców, a wniosków i obserwacji z nich płynących nie próbowano przekazać na naprawdę szerokim forum społecznym.

Podobnie jest w przypadku edukacji szkolnej. Uczymy młodzież o Trybunale Konstytucyjnym jako o organie władzy sądowniczej, którego podstawowym zadaniem jest sądowa kontrola konstytucyjności prawa, ale nie tłumaczymy, jak to naprawdę działa. Zostajemy przy stwierdzeniu Słowacki wielkim poetą był. Młodzi ludzie nie dostają od nauczyciela np. zadania skierowania wybranego przepisu do stworzonego na potrzeby lekcji uczniowskiego Trybunału Konstytucyjnego, a następnie samodzielnej próby analizy tego przepisu na podstawie konstytucji. Może wyszłoby to niezgrabnie, ale z takiej lekcji uczniowie coś by zapamiętali. Ci młodzi ludzie nie muszą pamiętać, na jak długą kadencję powołuje się sędziów Trybunału Konstytucyjnego, ale powinni rozumieć, po co ten trybunał w ogóle jest potrzebny i dlaczego jest tak istotny. Nie muszą również znać dokładnie wszystkich dat z historii Polski i reszty świata, ale powinni rozumieć, jak wykorzystywano język propagandy do manipulowania ludźmi, jak to się stało, że wielkie totalitaryzmy przetoczyły się przez Europę, pomimo tego, że gdzieś za ich plecami na sztandarach obecna była idea społecznej solidarności. Co jednak najważniejsze, powinni zrozumieć, że rzeczywistość nie jest czarno-biała, jak próbują nam wmówić niektórzy politycy, tylko składa się z wielu odcieni szarości. Brakuje edukacji, obywatelskiej i historycznej, jak i kształtowania czegoś w rodzaju społecznej empatii, która pomagałaby nam zwrócić uwagę na innych, może zagubionych, może pokrzywdzonych. Zwrócić uwagę zanim oni w swojej bezradności lub z powodu wykluczenia wkurzą się na tyle, że będą gotowi zanegować demokrację, aby sprawdzić czy nowy system choćby na krótką metę pomoże im w codziennym życiu. Nie wierzę, że ludzie popierający partie antysystemowe naprawdę są przekonani, że można zawiesić demokrację bez żadnych strat. Zawiedli się jednak, wiec chcą spróbować nowej drogi rozwiązywania swoich problemów.

Jednocześnie w Polsce udało się skutecznie zohydzić w oczach części społeczeństwa wszelkie autorytety i w krytycznym momencie, takim jak dzisiaj, nie mamy się do kogo odwołać. Na to również nie reagowaliśmy, pozostaliśmy bierni, obojętni. Upowszechniły się stereotypy, w efekcie mamy albo bohatera bez skazy, albo zdrajcę. Nie można być człowiekiem z krwi i kości, omylnym, złożonym, zdolnym do błędów, ale jednocześnie zachowującym autorytet wśród ogółu społeczeństwa. Co więcej, przez naszą obojętność doprowadziliśmy do sytuacji, w której duża część społeczeństwa nie potrafi uznać, że sędzia instytucji takiej jak Trybunał Konstytucyjny może być specjalistą, niezależnym autorytetem prawniczym, który ma swoje sympatie polityczne (jak każdy), ale kieruje się swoją wiedzą i nie jest jedynie przedłużeniem partyjnej władzy. To samo dotyczy fachowców zajmujących się hodowlą koni czy naukowców badających Puszczę Białowieską. Oni też zostali sprowadzeni do roli partyjnych funkcjonariuszy, choć z polityką nie mają nic wspólnego. To przekonanie o konieczności partyjnej kontroli na każdym poziomie, poczynając od ministra, poprzez sędziów, a na woźnym w szkole powiatowej kończąc, jest przecież typowym wyrazem obsesji władzy o skłonnościach autorytarnych. Dlatego niektórzy wyborcy i politycy PiS otwierają dzisiaj oczy ze zdumienia, gdy pani prof. Jadwiga Staniszkis i pan prof. Ryszard Bugaj pomimo tego, że oddali swój głos na PiS jako partię deklarującą chęć wyrównywania społecznych nierówności, teraz potrafią stanowczo krytykować antydemokratyczne poczynania tego ugrupowania. Na horyzoncie nie widać jednak autorytetów potrafiących połączyć społeczeństwo ponad podziałami.

Do głosu doszli ludzie, którzy twierdzą, że są tymi bezkompromisowymi bohaterami bez skazy, prawdziwie niezłomnymi. Historia widziała już takich wielu. W tym miejscu przypomina mi się cytat z jednej z książek Henry’ego Millera: Nikt nie jest bardziej bezradny od jednostki heroicznej. Nikt też nie potrafi wywołać więcej tragedii i zamieszania niż taki typ. Błyskając mieczem nad węzłem gordyjskim, obiecuje on prędkie zbawienie. Iluzja ta kończy się zwykle krwawą jatką. Ta rzekoma nieskazitelność sprawia jednak, że politycy ci próbują stawiać się ponad demokratycznymi regułami, zapominając, że nie ma ludzi idealnych. Skoro jednak w swoim własnym mniemaniu są nieskazitelni, to wydaje im się, że mogą zrobić wszystko, bo przecież, jak głoszą, robią to dla dobra narodu, a nie dla własnych korzyści. Bez zastanowienia nazywają swoich przeciwników zdrajcami i mordercami (sprawa Smoleńska), czy zomowcami (wypowiedzi prezesa Kaczyńskiego), tylko po to, by wygrać wybory. W ostatnich tygodniach rządzący złamali ostatnią chyba już zasadę dobrej polityki. Nie tylko określają niepochlebnie polityków innych partii, ale głosami prezesa Kaczyńskiego, prezydenta Dudy i niektórych ważnych ministrów, a więc najważniejszych urzędników państwowych, zaczynają atakować już także wyborców innych partii, mówiąc o lepszym lub gorszym sorcie obywateli, dzieląc ludzi na prawdziwych patriotów i tych oderwanych od koryta. Hołdują zasadzie mówiącej, że cel uświęca środki. Warto jednak zapytać o takie podejście wyborców tych partii. Czy jesteście pewni, że ludzie, którzy się tak zachowują, faktycznie spełnią wasze postulaty, czy może potraktują was tak, jak zawsze myśleli o wszystkich wyborcach (Ciemny lud to kupi – powiedział Jacek Kurski, gdy kierował jedną z poprzednich kampanii PiS)? Myślę, że wiele osób zastanowiłoby się, gdyby ktoś zadał im tak sformułowane pytanie.

Najgorsze jest jednak to, że, jak można domniemywać, mleko już się rozlało. Trybunał Konstytucyjny na długie lata pozostanie w oczach wielu ludzi partyjnym organem, bez względu na to, jak będzie w rzeczywistości. Zaufanie społeczne nigdy nie było w Polsce wysokie, nie mówiąc już o zaufaniu do instytucji państwowych, a obydwa są fundamentami demokracji. Teraz jest jeszcze gorzej i aby zmienić tę sytuację, potrzebne jest długotrwałe, konsekwentne budowanie pozytywnego przekazu opartego na wartościach demokratycznych i obywatelskich. Nie powinniśmy jednak mówić, że winę za ten stan rzeczy ponoszą jedynie politycy PiS. Ich działania są raczej wynikiem wcześniejszych zaniedbań. Odważyli się na to, na co im pozwalaliśmy, stopniowo stawali się coraz bardziej radykalni, sprawdzając, na co jeszcze mogą sobie pozwolić, narażając się co najwyżej na krytyczne opinie kilku intelektualistów. Sami zbyt rzadko angażowaliśmy się w działania obywatelskie, myśląc że jakoś to będzie. Niepokojące sygnały można było zauważyć już wiele lat temu. Nie reagowaliśmy chociażby na poziom debaty publicznej, nie reagowaliśmy na kolesiostwo i nepotyzm obecne w niemal wszystkich polskich partiach. W efekcie rządzi nami ugrupowanie, które wszystkie te złe praktyki pomnożyło 100 razy i w dodatku wprowadza je z dumą, z otwartą przyłbicą, twierdząc, że skoro wszyscy inni „mają za uszami”, to ich własne poczynania są w pełni usprawiedliwione. I nic nie wskazuje na to, że nawet gdy PiS przegra następne wybory (co nie jest wcale oczywiste), nawet jeśli wyrok Trybunału Konstytucyjnego zostanie opublikowany, cała sytuacja w magiczny sposób przejdzie do stanu równowagi. Powstanie KOD oraz wprowadzenie podobnych rozważań do dyskusji publicznej to ważny etap, pokazujący, że zdaliśmy sobie sprawę z wcześniejszych zaniechań. Należy jednak rozpocząć edukację społeczeństwa od podstaw, a następnie nieustannie ją kontynuować, aby podobne sytuacje nie powtarzały się w kolejnych latach z udziałem tej czy innej grupy polityków, którzy przekonani o tym, że wybawili nas z autorytarnej opresji uznają, że na tym ich rola się kończy. Ponieważ demokracji i poszanowania dla praw innych osób nie budują jedynie politycy i instytucje państwa, ale przede wszystkim zwykli ludzie, poprzez swoje codzienne zachowania w stosunku do innych. Obecna władza nie może budować żadnej „dobrej zmiany” przeciwko części społeczeństwa, z kolei druga strona tej dyskusji może zbudować demokrację i społeczeństwo obywatelskie jedynie we współpracy ze wszystkimi obywatelami naszego kraju.

___Krzysztof Pabis

Dodaj komentarz

Ta strona wykorzystuje pliki cookies więcej informacji

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies.

Zamknij